poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Chutney z aronii


Składniki:
300 g aronii,
0,5 szklanki cukru trzcinowego,
3 gałązki rozmarynu,
8 goździków,
3 kulki ziela angielskiego,
1 mała cebula,
olej rzepakowy,
50ml octu winnego,
2 łyżki skórek owoców kandyzowanych,
0,5 łyżeczki gorczycy,
8 kulek pieprzu zielonego z zalewy,
1 liść laurowy,
sól.

Cebulę posiekać w bardzo drobną kostkę, podsmażyć ją na odrobinie oleju.

Do garnuszka wsypać aronię, zasypać cukrem i gotując lekko rozgniatać widelcem. Jak aronia troszkę puści soki dolać do niej 0,5 kubka wody, dodać liść laurowy, ziele angielskie, goździki, gorczycę, rozmaryn (w całości) i gotować na bardzo małym ogniu do momentu aż sos lekko zgęstnieje.

Następnie dodać kandyzowaną skórkę pomarańczy, podsmażoną cebulkę, zielony pieprz, ocet winny, posolić i popieprzyć. Gotować dalej na małym ogniu około 5 minut.

Naszykować małe słoiczki. Jeszcze gorące nałożyć do słoiczków. Szybko odwrócić je do góry dnem (jeśli się nie zassają trzeba będzie je pasteryzować).

Taki chutney dobrze smakuje do serów czy mięs ale także do drożdżówek czy innych wypieków.


niedziela, 15 marca 2015

Weekend w Amsterdamie




Zanim wylecieliśmy na wspaniały weekend do Amsterdamu znajomi z pracy uśmiechali się do mnie podejrzanie i rzucali tekstami w stylu "tylko wróć stamtąd", "nie szalej tam za bardzo" czy "wiem że tylko tak mówisz że nie palisz...". Patrzyłam na nich i uśmiechałam się, nie mówiłam nic, nie zaprzeczałam, nie tłumaczyłam. Tak na prawdę sama nie wiedziałam jak to będzie, nie planowałam każdej minuty swojego pobytu, postawiłam na spontaniczność. Jedyne co chciałam zobaczyć to pałac królewski, mój facet oczywiście koniecznie chciał się wybrać na heineken experience.


Bilety lotnicze kupione, wylatujemy w piątek o 6 rano, wracamy w niedzielę o 10. Tydzień przed naszym weekendem w Amsterdamie szukamy noclegu, znajdujemy jeden z najtańszych hoteli które znajdują się w pobliżu Dan Square hotel des Art.

Przylatujemy do Amsterdamu, lotnisko Schiphol potężne, zanim dochodzimy do kontroli paszportów mija jakieś 30 min. Postanawiamy przycupnąć gdzieś na kawie, zjeść śniadanie. W międzyczasie rozglądamy się dookoła, wszędzie turyści z całego świata, policjant z psem ostrzega nas żebyśmy się nie bali bo to tylko szkolenie, nagle pies rzuca się na mężczyznę stojącego obok nas, okazuje się że to też policjant, tajniak. Idziemy na pociąg, tunele na lotnisku prowadzące w podziemia, znajdujemy na rozkładzie na telewizorach wiszących na poczekalni- amsterdam central niby za 10 min. W końcu podjeżdża nasz opóźniony 20 min pociąg, wsiadamy i jedziemy do centrum, z tego wszystkiego nie kupiliśmy biletu. Witaj Amsterdamie!

Byliśmy pewni, że w całym mieście będzie darmowe wi-fi, jednak pomyliliśmy się. Aby odnaleźć nasz hotel włączyłam roaming w telefonie, okazało się, że po wyjściu z dworca mamy iść cały czas prosto, przez Dam Square, następnie ulicą pełną markowych sklepów z odzieżą i jesteśmy w naszym maleńkim hotelu. Hotel des Art to trzy piętrowy bardzo cieńki (jak większość budynków w Amsterdamie) budynek, pokoik malutki, łazienka, toaleta nam się zatkała przy pierwszym spłukaniu, ciepła woda rano pod prysznicem nie leciała. Nie robiliśmy z tego żadnych problemów, to tylko dwa dni, a my będziemy tu tylko spać. Przy recepcji wzięłam darmowe ulotki, zniżki na muzea i atrakcje, oczywiście mapę.

Dam Square jest słynnym miejscem w centrum Amsterdamu, tam odbywają się różne pokazy czy imprezy, stoją mimowie, muzycy itd. My trafiliśmy na protest przeciwko zabijaniu Egipcjan. Helikoptery latały nad głową i na nasze nieszczęście do pałacu królewskiego, który znajduje się właśnie na Dam Square nie wpuszczano. Zaraz obok pałacu znajduje się muzeum figur woskowych Madame Tussaud's.




Postanowiliśmy wybrać się do IceBar, wszędzie ulotki i kupony zniżkowe, poza tym znajomy nam powiedział, że jest to lodowa jaskinia i że jest super. Poszliśmy, stojąc w kolejce za 20 osobową grupą chińczyków i 2 anglojęzycznych turystów, w końcu dostaliśmy się do kasy. Dwa bilety 36, w tym na jedną głowę przypadały dwa drinki w "jaskini" i jeden drink lub kawa czy ciasto po wyjściu. Zanim weszliśmy uzbroili nas w długie, ciepłe płaszcze, rękawiczki i nie pozwolili lizać eksponatów. Weszliśmy do... baru, całego z lodu, -9 stopni, dwie lodowe figurki niedźwiedzi, drinki w szklankach z lodu. Chińczycy wzięli po jednym drinku, nie dopili i uciekli. My skusiliśmy się na dwa, cały czas śmiejąc się, że tak daliśmy się wrobić w tą jaskinię, a to po prostu zwykły około 30m2 bar jak zresztą sama nazwa wskazuje.

Kolejne postanowiliśmy pójść do fabryki heineken, na tak zwane heineken experience. Z hotelu wzięłam kupony zniżkowe, nieduże ale zawsze zaoszczędzę chociażby na kawę. Postanowiliśmy się przejść, w końcu nie jest to aż tak daleko i chodź był to mroźny luty to nie było deszczowo, a słoneczko lekko wyglądało zza chmur. Same budynki heinekena są potężne, oczywiście zanim znaleźliśmy odpowiednie wejście weszliśmy do biurowców by zapytać o drogę. Sam spacer był bardzo przyjemny, wszędzie kanały, woda i wcale nie śmierdziało. Zadziwiająco dużo rowerów, wszędzie rowery, ponoć jest ich więcej niż samych mieszkańców Amsterdamu, a poruszają się na nim wszyscy, bogaci, biedni, miejscowi czy turyści. Na pasach trzeba strasznie uważać rowerzyści czy ludzie na skuterach jadą przed siebie, nie patrzą na nic. Ale wracając do heinekena, bardzo polecam tam zajrzeć. Dużo ciekawostek, historia samej fabryki, wyjaśnienie produkcji, przy tym dużo zabawy, a wszystko wyjaśniane z humorem i użyciem w miarę nowej technologii. Zachwycona byłam piwem które dali nam spróbować, przepyszne, całkiem inny smak od tych sklepowych. Na koniec naszej podróży dostaliśmy na pamiątkę mini szklankę heinekena. Koszt takiego przeżycia to 18 za osobę. Nie ma co ukrywać że w Amsterdamie wejściówki są dość drogie, a do zobaczenia bardzo dużo bo znajduje się tam z tego co wyszukałam w Internecie około 50 muzeów. Także jest z czego wybierać, co kto lubi.

Pospacerowaliśmy się po cienkich uliczkach Amsterdamu, co jakiś czas czując w powietrzu zapach marihuany. Tak, tak to niesamowite, ta ich wolność, te ich coffee shopy, a o dziwo nie spotkaliśmy się z żadną agresją, bójkami czy dziwnym zachowaniem kogokolwiek. Wszyscy mili, dużo turystów, wszędzie turyści. Coffee shopy, nie wiem dlaczego zawsze wyobrażałam sobie z kawiarnią, bardziej eleganckie, można zjeść ciastko, zapalić, wypić kawę... Nie, to nie tak, w rzeczywistości są to bardziej puby, pełne dymu, chodź przy tej liczbie palących w jednym czasie osób i tak wentylatory dają radę, tragedii nie ma, chodź i od samych oparów może się w głowie zakręcić. Pełno ludzi wszyscy palą, piją sok, kawę, herbatę czy piwo. Coś innego, inny świat. Jak już jestem przy tych "zakazanych" rzeczach to kolejne powinnam opowiedzieć o dzielnicy czerwonych latarni (red light district), ale nie opowiem bo chodź ciekawość mnie zżerała nie dotarliśmy na nią. Wystarczyło mi się przejść w jej okolicy i zobaczyć w ciągu 5 minut około 10 sex shopów z czasami dziwacznymi witrynami. Chyba nie byłam gotowa na oglądanie witryn z żywymi ludźmi.

Postawiliśmy na trochę kultury i historii Amsterdamu, jedno godzinny rejs jego kanałami. Szczerze polecam, lektor do wyboru w 15 językach w tym Polski. Pooglądaliśmy budownictwo lądowe i wodne, domki na wodzie wyglądające jak statki, które budowane były tylko po to by nie płacić podatków, jednak teraz i do nich się dobrali. Za taką przyjemność zapłaciliśmy 15 za osobę. Niby Wenecja ale bez Włoskiego klimatu, jak dla mnie dwa kompletnie inne światy, tyle że w jednym i drugim wody dużo.





Przepraszam za jakość zdjęcia. Na samej górze na środku znajduje się dworzec, patrząc lekko w dół i na lewo widzimy mały kwadracik z napisem DAM w środku, tam właśnie znajduje się Dam Square.



sobota, 28 lutego 2015

Makaron tagiatelle w sosie porowo- śmietanowym z łososiem


Składniki:
200 g makaronu tagiatelle,
1 por (biała część),
1 ząbek czosnku,
1 łyżka drobno posiekanych liści z pora naciowego,
50 g łososia wędzonego w plastrach,
1 szalotka,
ser pleśniowy niebieski,
oliwa z oliwek,
100 ml śmietany kremówki,
natka pietruszki,
sól i pieprz

Cebulę pora pokroić w piórka, czosnek w plasterki. Liście selera naciowego pokroić drobno.

Makaron ugotować al dente w osolonej wodzie (nie dodawać do wody tłuszczu gdyż później sos nie będzie tak dobrze go obtaczał).

Na oliwie z oliwek w garnuszku podsmażyć pora, cebulkę i czosnek. Przyprawić solą i pieprzem, jak już będzie miało złocisty kolor dolać śmietanę kremówkę, zdjąć z ognia i zmiksować (nie musi być bardzo gładko). Podgrzać ponownie na ogniu, doprawić natkę pietruszki suszoną lub świeżą. 

Do sosu dodać makaron i podgrzewać go jakąś minutę, ciągle delikatnie mieszając aby makaron obszedł sosem.

Nałożyć na talerz, na wierzchu obsypać pokrojonym w paski łososiem i serem pleśniowym.

sobota, 7 lutego 2015

Krewetki z zielonym pieprzem na warzywnych julienne


Składniki:
20 sztuk krewetek 16/20 (średnie),
3 ząbki czosnku,
1 łyżeczka zielonego pieprzu z zalewy,
80 ml porto,
1 łyżka zimnego masła,
2 łyżki oliwy z oliwek,
0,5 kopru włoskiego,
1/4 sztuki papryki czerwonej,
1 średnia cebula,
3 łodygi selera naciowego,
oliwa pietruszkowo- cytrynowa,
pomelo do smaku,
sól morska i pieprz.

Wszystkie warzywa pokroić w julienne (cienkie paski równej długości).

Na patelni rozgrzać oliwę, wrzucić warzywa, podsmażać przez około 2- 4 minuty. Doprawić solą i pieprzem, zdjąć na talerz i przykryć szczelnie folią aluminiową aby trzymały ciepło.

Krewetki oczyścić, osuszyć. 

Na patelni rozgrzać oliwę, wrzucić krewetki i podsmażać przez około minutę, dodać posiekany w paski czosnek i ziarna zielonego pieprzu. Podsmażać przez około 2 minuty, po czym dodać porto, posolić i popieprzyć, podduszać przez około 1 minutę. Zdjąć z ognia i dodać zimne masło, delikatnie pomieszać w celu uzyskania maślanego sosu, który powinien obtoczyć krewetki.

Podawać warzywa razem z krewetkami, lekko skropić oliwą pietruszkowo- cytrynową, na wierzchu ułożyć kawałki pomelo.



niedziela, 1 lutego 2015

Malta


Malta jest wyspą położoną na morzu Śródziemnym, w jej skład wchodzą między innymi dwie bardo znane wyspy które warto odwiedzić podczas pobytu- Gozo i Comino. Stolicą jest Valetta, a miejscowością w której my wylądowaliśmy było St Julian (San Giljan), Marina Hotel, zaraz przy małej piaszczystej plaży (takich na Malcie jest niewiele gdyż większość jest kamienistych) i przy placu Peceville, największym w Malcie miejscu pełnym restauracji, knajp, które w nocy zamieniają się w kluby przepełnione ludźmi spragnionymi rozrywki i zabawy do białego rana. Nie chcę przesadzać, imprezy odbywają się tam codziennie (byliśmy w listopadzie), nie chcę sobie wyobrażać co tam się dzieje w wakacje. Turyści, miejscowi i podejrzewamy że również Włosi zjeżdżają się właśnie do Peceville aby się wyszumieć :)
Na poniższym zdjęciu widok z naszego balkonu hotelowego. Co do hotelu, bez zastrzeżeń, sprzątany codziennie, w hotelowych restauracjach jedzenie dość drogie lecz smaczne, kilka basenów, spa ponoć darmowe z którego nigdy nie skorzystaliśmy.


Co do jedzenia na Malcie to głównie są tam restauracje Włoskie, pizze, makarony, owoce morza. Spotkaliśmy się również z dużym wyborem dań Angielskich (może to pozostałości po nich, może zrobione jest to specjalnie pod turystów) steki, burgery, frytki... Przechodząc obok restauracji na wielkich tablicach zauważyłam tablice na których zachęcano do skosztowania tradycyjnej Maltańskiej kuchni, co rzuciło mi się kilka razy w oczy to zupa minestra i królik podawany na różne sposoby. Ceny przeróżne, obiad jednodaniowy można zjeść od 8 euro (np makarony lub burger z fryktami), do 30 euro (ryby, owoce morza czy właśnie dania z królika). Alkohole na Malcie są dość przestępnej cenie, piwo czy drinka w barze można dostać za 2 euro, przy tym, że kilka drinków na dzielnicy Peceville możesz dostać za darmo zbierając od ludzi stojących na przejściu między klubami bileciki zachęcające do wejścia do klubu.
Po Malcie poruszaliśmy się autobusami (bilet całodniowy 1,30 euro, kupujemy u kierowcy mówiąć "one ticket pleas"). Pierwszą miejscowość którą zwiedziliśmy była Sliema. Tam też znajduje się dość duża galeria handlowa Tigne. W samej Sliema również dużo znanych sieciowych sklepów, restauracji, kawiarni, kamienista plaża którą aż grzech się nie przejść i niesamowite widoki... po lewej stronie stare miasto (Valletta), po prawej bardziej nowoczesne miasto (Sliema). Wszędzie woda, jachty, statki i stateczki. W Sliema znajduje się również port i to właśnie stąd można dostać się praktycznie wszędzie.


Koniecznie musieliśmy odwiedzić stolicę i wcale tego nie żałujemy, przepiękna architektura. Dech zawiera w piersiach, wyobraźnia zaczyna pracować przechodząc po najmniejszych, najcieńszych uliczkach tego miasteczka. Na ulicy głównej wiele sklepów, sklepików o dziwo restauracji czy kawiarni nie jest wiele, ale kilka klimatycznych znajdziemy. W samej Valletta znajdziemy 3 muzea- National War Museum, National Museum of Archeology i National Museum of Fine Arts także można odwiedzić wszystkie trzy lub wybrać najbardziej dla nas interesujące. 












Z Sliema można wybrać się na różne zorganizowane wycieczki autobusem (15- 30 euro) bądź statkiem (30- 60 euro). Będąc na Malcie warto odwiedzić dwie sąsiadujące wyspy Gozo i Comino. Płynąc statkiem zobaczymy niesamowite klify. W Gozo warto pospacerować, sycąc wzrok pięknem architektury i zabytków, lub wybrać się wycieczką autokarową z przewodnikiem, zaś w Comino można się powygrzewać na piaszczystej małej plaży przy pięknej błękitnej wodzie Blue Lagoon, po tym terenie również warto pospacerować oglądając opustoszałą prawie bezludną wyspę. Co ciekawego zauważyliśmy iż wiele posadzonych roślin jest tam równorzędnie co oznacza iż nie jest to sprawką natury, a człowieka, zaś ścieżki równiutko obłożone kamieniami. Nasza wyobraźnia oczywiście zobaczyła schronionych i czekających na atak żołnierzy, w międzyczasie zajmując się planowaniem przestrzeni ale ile w tym prawdy tego już nie wiemy :)















sobota, 10 stycznia 2015

Zapiekane naleśniki gryczane faszerowane kaszą gryczaną z grzybami


Ciężko wrócić do przyzwyczajeń z wcześniejszego życia, kiedy to pisało się około 25 postów miesięcznie, gotowało codziennie, myślało nad nowymi przepisami, unowocześniało stare, przeglądało inne blogi i oglądało wszystkie programy kulinarne. Miło jest zajrzeć na bloga po bardzo długiej przerwie i stwierdzić, że jednak dalej ktoś tutaj zagląda. Blog nadal istnieje, posty będą dalej dodawane lecz nie z takim rozpędem jak kiedyś, pisane będą już z innego kraju, gotowane i wymyślane przez jedną osobę, którą jestem właśnie ja, Kinga. Zdjęcia nadal są moją pasją i będę się starała robić jak najpiękniejsze. Może w końcu chęci powrócą.

Pozdrawiam z deszczowej lecz pięknie zielonej Irlandii.


Zapiekane naleśniki gryczane faszerowane kaszą gryczaną z grzybami:
Naleśniki:
2 woreczki kaszy gryczanej.
3 łyżki mąki pszennej,
0,5 kubka mleka,
1/4 kubka wody gazowanej,
1 łyżka oliwy z oliwek,
sól,

Nadzienie:
200g grzybów leśnych, mogą być suszone (np. borowiki czy prawdziwki),
2 średnie marchewki,
1 średnia cebula,
1 kubek bulionu warzywnego (jeśli nie mamy czasu na domowy może być w kostce),
1 łyżka drobno posiekanej natki pietruszki,
4 łyżki startego sera mozzarella,
sól i pieprz do smaku

W moździerzu lub robocie kuchennym (blenderze, termomikskie) rozdrobnić kaszę gryczaną na mąkę (nie robić tego bardzo dokładnie, środki kaszy są bardzo twarde i ciężko je dokładnie rozdrobnić, a ich użyjemy do farszu). 

Do miski nalać wody, mleka, dodać mąkę pszenną, trochę soli i oliwę, dobrze wymieszać. Następnie dodawać rozdrobnioną kaszę gryczaną przesianą przez drobne sitko. Dobrze wymieszać.

Na patelni do naleśników bardzo lekko natłuszczonej usmażyć naleśniki (wyjdzie ich tak około 5-6).

Nasze grzyby były mrożone (obgotowane, przestudzone, wsadzone do woreczka i do zamrażarki), ale można użyć świeżych, najpierw je lekko obgotowując. Pokroić je na mniejsze kawałki.
Marchewki obrać i zetrzeć na tarce na grubych oczkach.

W garnuszku na oliwie z oliwek lekko podsmażyć grzyby z cebulą, następnie zalać bulionem, dodać startą marchewkę, doprawić solą, pieprzem i natką pietruszki, gotować na średnim ogniu przez około 5 min. Po tym czasie dodać resztę kaszy, która została z naleśników. Gotować do momentu aż kasza będzie miękka a farsz gęsty.

Nałożyć farsz na naleśniki, zawinąć i włożyć do naczynka żaroodpornego. Z wierzchu posypać serem.

Zapiekać w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez około 15-20 minut.




wtorek, 25 listopada 2014

Ciastka z wróżbą (orzechowe)


Takie ciasteczka sprawią radość dorosłym i dzieciom :)
Co potrzebowałam?

0,5 kubka mąki pszennej
1/3 kubka tartych orzechów laskowych
1 średnie jajko
2 łyżki cukru pudru
odrobina soli
1 łyżeczka oleju
1 łyżeczka lodowatej wody
20 karteczek z wróżbą

Wszystkie składniki zagnieść razem. Ciasto powinno dać się łatwo rozwałkować (jeśli nie dolać odrobinę mleka lub dosypać mąki). Rozwałkować placek o grubości około 4 mm i powycinać szklanką kółka. Karteczki zgiąć w malutki kwadracik i położyć na środku kółka, zlepiać jak pierożki. Następnie takiego pierożka kłaść na brzegu blaszki, aby nabrał kształtu ciasteczka z wróżbą.

Piec w piekarniku nagrzanym do 190 stopni przez około 13-15 min.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...